Ceny energii na giełdzie w przeciągu dwóch lat zwiększył się o około 260 proc. To ogromna podwyżka, która jest potęgowana przez ciężką sytuację gospodarczą. Rosnąca inflacja, która osiągnęła niemal 18 proc., spadające możliwości kredytowe, wojna za wschodnią granicą oraz coraz większe problemy z dostępnością węgla sprawiają, że społeczne nastroje są coraz gorsze. Sytuacja stała się na tyle poważna, że samorządy zaczęły publicznie ogłaszać podwyżki cen prądu jakie chcą im zgotować dostawcy. Rząd próbując ratować sytuację postanowił wprowadzić kolejną „tarczę”. W ramach prac nad ustawą o środkach nadzwyczajnych mających na celu ograniczenie wysokości cen energii elektrycznej oraz wsparciu niektórych odbiorców w 2023 r. zakłada się, że maksymalna cena energii elektrycznej dla gospodarstw domowych wyniesie od 1 stycznia 2023 r. 693 zł za MWh, a dla podmiotów wrażliwych (szpitale, szkoły, uczelnie, żłobki itp.) oraz sektora MŚP, czyli mikro-, małych i średnich firm, 785 zł za MWh. Nikt jednak do tej pory nie zakładał, że podane kwoty są kwotami netto do których trzeba doliczyć 23 proc. VATu.

Dodatkowym bodźcem ratującym sytuację jest zamrożenie cen energii po stawkach z 2022 r., ale do wysokości 2 MWh dla gospodarstw domowych, do 2,6 MWh, jeżeli w domostwie zamieszkują osoby niepełnosprawne oraz do 3 MWh dla posiadaczy Karty Dużej Rodziny. Problem polega jednak na tym, że średnie zużycie energii przez gospodarstwo domowe według GUS wynosi niemal 2 MWh. Oznacza to, że posiadacze pojazdów elektrycznych nie mają co liczyć na taryfę ulgową.  - Polska znajduje się we wczesnym stadium rozwoju elektromobilności. Z badań, a także doświadczeń innych krajów wynika, że na tym etapie najważniejszą rolę w stymulowaniu rozwoju rynku odgrywają argumenty ekonomiczne, takie jak relatywnie niski koszt ładowania oraz dopłaty do zakupu lub wynajmu samochodów. Pozostałe zachęty, czyli wygoda związana z korzystaniem z buspasów czy ekologia, są na dalszych pozycjach – przyznaje Grigoriy Grigoriev, dyrektor generalny Power Dot w Polsce, firmy budującej największą sieć ładowarek.

Czytaj więcej

Nowa strategia Forda to koniec dla modeli Fiesta, S-Max i Galaxy

Firma Carsmile postanowiła policzyć czy po podwyżkach cen prądu ładowanie eklektycznego samochodu w warunkach domowych będzie opłacalne – jak wynika z badań 83 proc. posiadaczy BEV ładuje je w domu. Do obliczeń założono, że auto zeroemisyjne jest wykorzystywane do jazdy miejskiej i jest ładowanie wyłącznie w domu, a cena energii odpowiedna maksymalnej stawce wynoszącej 0,693zł za kWh. Przyjęto ponadto, że opłata dystrybucyjna wynosi 0,25 zł za 1 kWh. Założono też, że w 2023 r. obowiązywać będzie obecna stawka VAT na energię, czyli 5 proc. Do obliczenia kosztu benzyny posłużono się średnią ceną PB95 z serwisu Reflex z dn. 12.10, wynoszącą 6,58 zł. Symulację oparto na trzech modelach aut występujących zarówno w wersji elektrycznej, jak i z silnikiem benzynowym o zbliżonej mocy, tj. ok. 130 KM. Są to: Opel Mokka i Mokka e, Peugeot 208 i e208 oraz Citroen C4 i e-C4. Obliczenia przeprowadzono w dwóch wariantach: dla rzeczywistego zużycia paliwa (na bazie danych Autocentrum) i rzeczywistego zasięgu (na bazie danych z EV Database), a także deklarowanego przez producenta zużycia paliwa i deklarowanego zasięgu. Do obliczeń przyjęto, że bateria ma rzeczywistą pojemność 45 kWh (producenci podają 50 kWh).

- W ostatnim czasie pojawiło się wiele głosów, że od przyszłego roku posiadanie elektryka będzie nieopłacalne, jeśli ktoś nie ma dostępu do taniego źródła energii, np. z fotowoltaiki, zwłaszcza, że w przypadku ładowania elektryka w domu nie będzie możliwości zmieszczenia się limicie 2MWh przewidzianym dla gospodarstw domowych na przyszły rok – przyznaje Michał Knitter, wiceprezes Carsmile. Wyniki badania jasno wykazały, że mimo podwyżek cen prądu pojazd elektyrczny nadal się opłaca. Średni koszt przejechania 1 km Oplem Mokka e, Peugeotem e208 oraz Citroenem e-C4 na domowym prądzie kupionym po cenie maksymalnej wyniósł 17 gr licząc według rzeczywistego zasięgu. W przypadku zasięgu producenckiego, średni koszt przejechania 1 km to 13 gr. Tymczasem średni koszt pokonania wersją benzynową wymienionych modeli aut, o mocy 130 KM, wyniósł 48 gr przy rzeczywistym spalaniu oraz 38 gr przy spalaniu deklarowanym przez producenta.

Czytaj więcej

Elektrykiem na wakacje. Koszmar czy frajda?

- Analiza dotyczy jedynie ładowania w warunkach domowych, które jest dużo tańsze od ładowania na publicznych ładowarkach. Okazuje się jednak, że podwyżki cen prądu dla gospodarstw domowych nie przekreślą sensu zakupu czy wynajęcia elektryka, gdyż nadal jego ładowanie w domu będzie dużo tańsze niż gdybyśmy wybrali wersję z silnikiem benzynowym i tankowali ją paliwem kosztującym 6,58 zł za litr – podsumowuje Michał Knitter. Przeprowadzone badania potwierdzają również analizy Polskiego Stowarzyszenia Paliw Alternatywnych. - Eksploatacja samochodów zeroemisyjnych jest dziś o wiele bardziej opłacalna niż ich spalinowych odpowiedników i to nie zmieni się mimo rosnących cen energii. Dziś, jeżeli ładujemy całkowicie elektryczny samochód klasy kompaktowej z domowego gniazdka w taryfie nocnej, przy przebiegu 20 tys. km zapłacimy o 6 tys. zł mniej niż za tankowanie porównywalnego pojazdu spalinowego, zaś przy przebiegu 100 tys. km ta różnica wzrasta do 30 tys. zł. A do tego należy doliczyć oszczędności z tytułu rzadszych i tańszych przeglądów (w przypadku EV odpada m.in. konieczność wymiany oleju w silniku, a elementy układu hamulcowego zużywają się znacznie wolniej), wyższej niezawodności czy prawa do darmowego parkowania w centrach miast, które często pozwala zatrzymać w portfelu kolejne kilka tysięcy złotych roczni –– mówi Maciej Mazur, dyrektor zarządzający PSPA.

Czytaj więcej

W Chinach szykuje się walka o miano największego producenta samochodów