Fotoradar robi zdjęcie samochodu, po kilku tygodniach przychodzi korespondencja, a wtedy zaczyna się ustalanie, kto właściwie siedział za kierownicą. Właściciel wskazuje jedną osobę, ta kolejną, ktoś nie odbiera listów, ktoś podaje kierowcę mieszkającego za granicą i zanim system dojdzie do końca, sprawa potrafi się przedawnić – oto częsty obecnie scenariusz.
Ministerstwo Infrastruktury chce z takim obrotem spraw walczyć. Nowy projekt UD263 ma zwiększyć skuteczność automatycznego nadzoru nad ruchem i zmienić zarówno sposób rozliczania pomiaru prędkości, jak i samą procedurę dochodzenia odpowiedzialności. Resort oficjalnie przyznaje, że obecny model jest mało skuteczny, a jednym z największych problemów pozostaje ustalenie sprawcy wykroczenia.
5 km/h korekty zamiast obecnych zasad
Jedną z najbardziej zauważalnych zmian ma być ustawowe określenie korekty pomiaru. Od wartości wskazanej przez urządzenie rejestrujące odejmowane byłoby 5 km/h, a jeśli wykroczenie zostałoby zarejestrowane na autostradzie lub drodze ekspresowej – 6 km/h.
Dopiero tak skorygowana prędkość stanowiłaby podstawę do określenia skali przekroczenia i wysokości kary. Jeśli więc urządzenie zarejestruje 72 km/h przy ograniczeniu do 50 km/h, do dalszych obliczeń przyjęte zostanie 67 km/h, czyli przekroczenie o 17 km/h.
Warto przy tym uważać na pojawiające się określenie „tolerancja fotoradaru spadnie do 5 km/h”. Korekta wyniku pomiaru i próg, od którego urządzenie rejestruje wykroczenie, to dwie różne kwestie. Obecne przepisy dotyczące automatycznego nadzoru uwzględniają 10 km/h, a opisywana w projekcie korekta o 5 lub 6 km/h służy przede wszystkim ustaleniu prędkości przyjmowanej później do kwalifikacji wykroczenia.
Samo pojawienie się korekty o 5 km/h nie powinno więc być automatycznie interpretowane jako zasada „56 km/h przy ograniczeniu do 50 km/h oznacza zdjęcie i mandat”. Ostateczne działanie systemu będzie zależało od finalnego brzmienia ustawy i przepisów dotyczących progów rejestracji.
Czytaj więcej
Włochy mają ponad 10 tys. stacjonarnych urządzeń kontrolujących prędkość, Wielka Brytania 8028, a Niemcy 6200. Przed podróżą po Unii Europejskiej w...
Większa zmiana czeka właścicieli samochodów
W rzeczywistości znacznie poważniejsza rewolucja dotyczy tego, co stanie się już po zarejestrowaniu wykroczenia. Dzisiaj właściciel samochodu otrzymuje korespondencję i może wskazać osobę, której powierzył pojazd. To właśnie na tym etapie wiele spraw zaczyna się przeciągać.
Ministerstwo samo wskazuje m.in. problem tzw. wskazywania łańcuszkowego, kiedy kolejne osoby wskazują następnych użytkowników auta, oraz przypadki podawania danych kierowców z zagranicy. CANARD jest przy tym zależny od informacji otrzymywanych od właściciela pojazdu, a resort ocenia obecne narzędzia egzekwowania odpowiedzialności jako niewystarczające.
Po zmianach właściciel lub użytkownik samochodu ma otrzymać zawiadomienie o zarejestrowaniu naruszenia. Jeśli kierował ktoś inny, będzie można przekazać formularz tej osobie, ale wskazanie kierowcy ma być skuteczne dopiero po podaniu wymaganych danych i potwierdzeniu przez niego, że rzeczywiście prowadził pojazd. Takie zaostrzenie procedury znajduje się również w oficjalnych założeniach projektu.
Czytaj więcej
Wielka obwodnica Warszawy ma przejąć tranzyt, który dziś przeciska się przez zatłoczoną aglomerację. GDDKiA porównuje cztery warianty zachodniej cz...
30 dni i nawet 7500 zł
Jeśli w ciągu 30 dni od doręczenia zawiadomienia sprawa nie zostanie załatwiona, właściciela lub użytkownika ma obciążyć opłata administracyjna.
I nie będzie to zwykły mandat za niewskazanie kierującego. Kwota ma zależeć od tego, jak poważne wykroczenie zarejestrowało urządzenie:
- do 30 km/h ponad limit – 1500 zł,
- od 31 do 40 km/h – 2400 zł,
- od 41 do 50 km/h – 3000 zł,
- od 51 do 60 km/h – 4500 zł,
- od 61 do 70 km/h – 6000 zł,
- powyżej 71 km/h – 7500 zł.
Za przejazd na czerwonym świetle opłata ma wynosić 3000 zł, a za nieprawidłowy wjazd na przejazd kolejowy – 6000 zł.
W przypadku kilku właścicieli lub użytkowników obowiązek może być solidarny. Innymi słowy, brak możliwości ustalenia kierowcy nie ma już oznaczać, że całe postępowanie utknie w miejscu aż do przedawnienia.
Nie zawsze właściciel będzie musiał płacić
Projekt przewiduje wyjątki, ale są one dość wąskie. Właściciel będzie mógł uwolnić się od odpowiedzialności m.in. wtedy, gdy udowodni, że w chwili wykroczenia samochód już do niego nie należał albo został wcześniej skradziony. Uwzględniony ma być również stan wyższej konieczności.
Założenie jest więc proste: urządzenie rejestruje wykroczenie i odpowiedzialność ma ostatecznie ponieść albo kierowca, albo – jeśli sprawa nie zostanie wyjaśniona – właściciel lub użytkownik auta. Resort chce ograniczyć sytuacje, w których po wielomiesięcznej wymianie korespondencji nie odpowiada nikt.
Skala problemu tłumaczy, skąd tak daleko idące pomysły. W 2024 r. urządzenia obsługiwane przez GITD zarejestrowały 1 169 522 naruszenia. Ministerstwo już w oficjalnym opisie projektu wskazywało na dużą liczbę spraw kończących się bez ukarania sprawcy oraz na setki tysięcy postępowań, w których system nie doprowadzał do skutecznego przypisania odpowiedzialności.
Można dostać tańszy mandat
Projekt ma mieć również „marchewkę”. W oficjalnych założeniach znalazła się możliwość obniżenia mandatu o 25 proc., jeśli kierowca sam ujawni swoje dane przez eBOK, przyjmie mandat i zapłaci go w ciągu 14 dni od odebrania korespondencji. Pomysł ma zachęcać do szybkiego zamykania prostych spraw zamiast uruchamiania kolejnych etapów postępowania.
To póki co projekt
Jak na razie UD263 pozostaje projektem ustawy, za który odpowiada Ministerstwo Infrastruktury. W rządowym wykazie planowane przyjęcie projektu przez Radę Ministrów wyznaczono na III kwartał 2026 r..
Dopiero później projekt czeka pełna droga przez parlament i podpis prezydenta, a przepisy mogą po drodze jeszcze się zmienić. Według obecnych założeń nowe rozwiązania miałyby ruszyć 1 stycznia 2028 r..