Zasięg nowych samochodów elektrycznych rośnie dziś szybciej niż liczba ładowarek przy autostradach. Jeszcze kilka lat temu wynik na poziomie 300–400 km stanowił powód do dumy. Dziś w katalogach coraz częściej widzimy 700, a nawet ponad 800 kilometrów według procedury WLTP. Brzmi jak zapowiedź bezstresowych wakacji nad Adriatykiem – bez nerwowego zerkania na procenty baterii. Tyle że WLTP to wciąż test homologacyjny, realizowany w kontrolowanych, laboratoryjnych warunkach. Innymi słowy: świat idealny, w którym nie pojawiają się nieprzewidziane korki, boksy dachowe ani przyciężka stopa kierowcy.
Kia EV2
WLTP kontra rzeczywistość – dlaczego zimą liczby przestają się zgadzać?
W codziennej eksploatacji samochody elektryczne też wypadają coraz lepiej. Nowoczesne układy zarządzania energią, wydajniejsze pompy ciepła i większe akumulatory sprawiają, że realne zasięgi coraz częściej zbliżają się do katalogowych obietnic – przynajmniej w sprzyjających warunkach.
Problem zaczyna się wtedy, gdy temperatura spada mocno poniżej zera. Zima i siarczysty mróz to środowisko, którego auta elektryczne zwyczajnie nie lubią. Energia zużywana jest na ogrzewanie kabiny i baterii, a deklarowany zasięg potrafi stopnieć szybciej niż śnieg na rozgrzanym asfalcie. W efekcie różnica między WLTP a rzeczywistością staje się dotkliwie odczuwalna.
To nie wada konkretnego modelu, lecz fizyka i chemia razem wzięte. Dlatego, patrząc na imponujące liczby w folderach, warto traktować je jako punkt odniesienia – a nie gwarancję identycznego wyniku w styczniowy poranek przy minus 20 stopniach.