Oliver Blume, wieloletni szef Porsche, przyznał na łamach „Frankfurter Allgemeine Zeitung”, że pomysł zastąpienia spalinowego Macana wyłącznie wersją elektryczną okazał się nietrafiony. Jak podkreślił, decyzja była racjonalna w świetle ówczesnych danych, jednak dziś widać wyraźnie, że rynek obrał inny kierunek. Klienci oczekują wyboru, a nie realizacji jednej ideologii.
Świat motoryzacji rzadko bywa miejscem publicznych spowiedzi. Producenci wolą mówić o „wyzwaniach rynkowych” niż wprost przyznawać się do błędów. Tym większą wagę mają słowa, które padły z ust Olivera Blume, który obecnie stoi na czele Grupy Volkswagen.
Nowy spalinowy SUV obok elektrycznego Macana
Efekt? Porsche wraca do różnorodności. Marka zapowiedziała nowego kompaktowego SUV-a z silnikiem spalinowym, który trafi do oferty przed końcem 2028 r. Nie będzie nosił nazwy Macan, ale ma rywalizować w tym samym segmencie – poniżej Cayenne i obok elektrycznego Macana nowej generacji.
Macan to prawdziwy koń pociągowy Porsche. Od 2014 r., kiedy trafił do sprzedaży, wybrało go 800 tys. klientów. To dokładnie tyle, ile przez 50 lat sprzedano egzemplarzy modelu 911. Nic więc dziwnego, że informacja o zakończeniu sprzedaży spalinowej wersji Macana kilka lat temu została przyjęta z dużym zdziwieniem – co wyraźnie podkreślaliśmy podczas prezentacji jego elektrycznego następcy.
Warto zauważyć, że Audi wykazało się większą intuicją, nie rezygnując z napędu spalinowego w nowej generacji bliźniaczego dla Macana modelu Q5. Nowy spalinowy SUV Porsche ma zostać zbudowany na platformie Premium Platform Combustion, znanej m.in. właśnie z Audi Q5. Dzięki temu marka może skorzystać z gotowej konstrukcji i uniknąć ogromnych kosztów projektowania auta od podstaw. A te, w obecnej sytuacji, mają kluczowe znaczenie. Porsche musi bowiem przeznaczyć dodatkowe środki na utrzymanie spalinowych wersji Boxstera i Caymana oraz na wprowadzenie do oferty luksusowego SUV-a większego od Cayenne, z trzema rzędami foteli.