Szczepan Mroczek: Czy Lamborghini może zachować swoje DNA i emocje z jazdy przy obecnej presji regulacyjnej?

Uważam, że decyzja o przejściu na hybrydy plug-in była właściwa, ponieważ z jednej strony redukujemy emisję CO₂, co jest ważne na poziomie globalnym, a z drugiej strony zwiększamy moc. Daliśmy obietnicę naszym klientom, że wraz z nową generacją nie tylko wprowadzimy nowy design, ale też zaoferujemy lepsze osiągi niż wcześniej, przy jednoczesnym obniżeniu emisji CO₂. Udało nam się. Dlatego myślę, że także w przyszłości będziemy kontynuować pracę nad samochodami plug-in hybrid, ponieważ to najlepsze połączenie.

Wielu klientów nie jest w pełni zadowolonych z brzmienia nowych sportowych aut. Czy jest szansa wrócić do wrażeń dźwiękowych, które znamy sprzed dekady?

Jeśli chodzi o decybele, to na pewno trzeba ograniczać poziom hałasu ze względu na homologację– mamy filtry, limity decybeli, wiele rzeczy dzieje się równolegle. Ale uważam, że jak dotąd udało nam się zachować charakterystyczne brzmienie. Będziemy pracować bardzo mocno nad dźwiękiem naszych modeli w przyszłości, bo to dziś jest duże wyzwanie.

Czy uważa Pan, że jest szansa zachować silniki V12 w przyszłości?

Myślę, że przez najbliższe osiem–dziewięć lat jest na to bardzo duża szansa, a potem zobaczymy. Przygotowujemy się do zaostrzenia przepisów– to nie dotyczy tylko emisji CO₂, ale także emisji cząstek stałych. Na całym świecie jest wiele regulacji, do których musimy się dostosować. Na razie to działa.

Widzimy też, że rynek samochodów klasycznych staje się coraz ważniejszy. Czy macie plan zarabiania na rynku samochodów klasycznych? Mam na myśli np. renowacje.

Mamy w Lamborghini dział o nazwie Polo Storico. To niewielki dział– zajmujemy się renowacjami, a także certyfikacją. Nie chodzi jednak o biznes w sensie generowania dużych zysków. To nie jest coś, co nas obciąża, ale jest ważne dla dziedzictwa firmy, dla samochodów i dla naszych klientów. Im więcej inwestujemy w nowe auta, tym bardziej rośnie wartość tych historycznych, dlatego działamy na obu– a właściwie trzech– frontach: marka, nowe samochody i dziedzictwo.

Czy zwiększanie liczby modeli tworzonych na zamówienie to dobry kierunek?

Oczywiście. To jeden z kluczowych elementów naszej strategii. W przypadku firmy takiej jak nasza wzrost wolumenów jest ograniczony, więc trzeba inwestować w rzeczy, które są dla klientów najbardziej atrakcyjne– a jest to personalizacja, którą nazywamy Ad Personam. Obecnie ponad 90 proc. naszych samochodów korzysta z tego programu, co jest bardzo dobrym wynikiem.

Jak zmienili się klienci Lamborghini w ciągu ostatnich dwóch dekad?

Przede wszystkim ich liczba wzrosła. Marka 20 lat temu była zupełnie inna, nie było też obecnej gamy modeli. Trzeba było stworzyć odpowiednie produkty– z właściwym designem, mocą, ale też jakością, o której często się nie mówi, a jest bardzo ważna. Do tego dochodzą inwestycje w markę, rozwój wersji modelowych, motorsport– wszystko to razem buduje większą akceptację. Przełomowy był dla nas model Urus. Dzięki niemu pozyskaliśmy wielu nowych klientów, którzy wcześniej nie byli pewni, czy chcą wejść do świata Lamborghini. Urus przyciągnął ich, a później wielu z nich kupiło także nasze supersamochody.

Na których rynkach spodziewacie się wzrostów sprzedaży?

Największym rynkiem na świecie pozostają Stany Zjednoczone i mimo ceł nadal będą zdecydowanie największe. Jeśli chodzi o wzrost, w tym roku nie koncentrujemy się na nim szczególnie– utrzymujemy poziom z ostatnich lat. Polska to kraj, w którym spodziewam się lepszego wyniku niż w zeszłym roku– mogę to powiedzieć, choć nie jest to pewne. Patrząc szerzej, widzę potencjał, ale sytuacja globalna jest niestabilna– wydarzenia na Bliskim Wschodzie mogą wpływać na gospodarkę. Każdego dnia coś się zmienia, więc zobaczymy. Zamknięcie cieśniny Ormuz może mieć wpływ nie tylko na region, ale globalnie.

Czy chińskie marki mogą stać się w przyszłości konkurencją dla Lamborghini?

Na razie nie, ponieważ koncentrują się głównie na samochodach elektrycznych, a nie na silnikach o dużej pojemności. Nawet jeśli rozwijają hybrydy, ich pozycjonowanie cenowe jest inne. Patrząc na naszych klientów, nie są oni jeszcze gotowi na pełną elektryfikację. Nie widzę dziś zagrożenia ze strony chińskich producentów.

Którą decyzję strategiczną z ostatnich lat uważa Pan za najważniejszą?

Najtrudniejszą była decyzja o odejściu od silników spalinowych i przejściu na hybrydy plug-in. To był prawdziwy game changer– zupełnie nowy obszar. Nigdy nie ma gwarancji, że taka decyzja zadziała. Zrobiliśmy to, wierząc, że jeśli dobrze to wyjaśnimy i damy klientom czas na adaptację, to się powiedzie. I tak się stało. Jesteśmy dziś w najlepszej formie w historii.

Jak ocenia Pan kierunek, w którym zmierza motoryzacja?

To trudne pytanie– wszystko zależy od punktu widzenia. W Europie sytuacja jest trudna, bo rośnie konkurencja ze strony Chin. Musimy być szybsi, bardziej efektywni i osiągać lepsze wyniki przy mniejszych nakładach. To trudne i wymaga czasu. Kluczowe jest też ujednolicenie przepisów– homologacja, emisje. Obecnie mamy około 20 różnych regulacji na świecie, tylko dla Lamborghini. To komplikuje życie, zwiększa koszty i niewiele daje klientom. Harmonizacja mogłaby pomóc.

CEO Lamborghini Stephan Winkelmann

CEO Lamborghini Stephan Winkelmann

Foto: Materiały prasowe

Przejdźmy do bardziej prywatnych pytań. Który samochód– współczesny lub klasyczny– jest Panu najbliższy?

To trudne. Zawsze najbliższy jest ten najnowszy– ten, nad którym aktualnie pracujemy. Ale Aventador jest dla mnie szczególny, bo śledziłem jego rozwój od samego początku.

Które marki spoza świata samochodów Pana inspirują?

Nie wiem, czy inspirują– to duże słowo. Są marki, które robią niesamowitą robotę. W świecie luksusu to na pewno Hermès i Patek Philippe.

Czy wie Pan, że markę Patek Philippe założył Polak?

Tak, czytałem o tym.

Gdzie, Pana zdaniem, żyje się najlepiej?

Dorastałem we Włoszech, więc to dla mnie dom. Mieszkałem w różnych krajach, ale zawsze chętnie wracałem. I oczywiście fakt, że dorastałem w Rzymie, czyni to miejsce wyjątkowym.

Co jest najważniejsze w życiu?

Zdrowie– im jesteś starszy, tym bardziej to rozumiesz. I czas. To dwie najważniejsze rzeczy. Oczywiście także przyjaźń, rodzina, miłość. Oczywiście mój syn i ludzie, którzy są mi bliscy.

CEO Lamborghini Stephan Winkelmann

CEO Lamborghini Stephan Winkelmann

Foto: Materiały prasowe

Stephan Winkelmann

Są menedżerowie, którzy zarządzają markami. I są tacy, którzy potrafią nadać im charakter. Stephan Winkelmann zdecydowanie należy do tej drugiej grupy.

Urodził się 18 października 1964 r. w Berlinie, ale dorastał w Rzymie – i to połączenie niemieckiej dyscypliny z włoskim temperamentem dobrze widać w jego stylu zarządzania. Studiował nauki polityczne w Rzymie i Monachium, a zawodową drogę rozpoczął w 1992 r. w branży finansowej. Szybko jednak skręcił w stronę motoryzacji, trafiając do działu handlowego Mercedes-Benz.

W 1994 r. objął stanowisko Area Managera marki Alfa Romeo w strukturach Fiat Automobil AG w Niemczech, a niedługo później odpowiadał już za marketing regionu południowego. Od 1996 r. pracował w Fiat Auto S.p.A. w Turynie jako Marketing Manager Alfa Romeo, gdzie nadzorował m.in. wprowadzenie na rynek modelu Alfa Romeo 156 – jednego z najważniejszych samochodów w historii marki. Kolejne lata przyniosły mu doświadczenie zarządcze na różnych rynkach europejskich.

W 2004 r. stanął na czele Fiat Automobil AG w Niemczech jako CEO, ale prawdziwy rozdział jego kariery rozpoczął się rok później. Od 1 stycznia 2005 do 2016 r. kierował Automobili Lamborghini S.p.A. jako prezes i dyrektor generalny, przekształcając markę z niszowego producenta supersamochodów w globalnego gracza z jasno zdefiniowaną strategią i rosnącą sprzedażą.

W marcu 2016 r. objął stanowisko CEO Quattro GmbH (dziś Audi Sport GmbH), a na początku 2018 r. został przewodniczącym Bugatti Automobiles S.A.S. – marki, która pod jego nadzorem konsekwentnie umacniała swoją pozycję w świecie hipersamochodów.

1 grudnia 2020 r. Winkelmann wrócił do Lamborghini, ponownie obejmując stanowisko prezesa i dyrektora generalnego. Tym razem już nie po to, by markę zbudować, ale by przeprowadzić ją przez najtrudniejszą transformację w historii – erę elektryfikacji, w której emocje muszą znaleźć nowy język.