Kupujący samochody mogą w tym roku odetchnąć: zamiast drożeć, jak w poprzednich latach, nowe auta tanieją. W dodatku teraz ceny będą obniżać rozpoczynające się wyprzedaże. Według internetowej platformy sprzedażowej Superauto.pl, średni rabat kwotowy, jaki można wynegocjować w ofertach wyprzedażowych rocznika 2026 w segmencie marek popularnych, sięga 35 tys. zł. W segmencie marek premium średnia obniżka dochodzi do 87 tys. zł, choć w pojedynczych przypadkach może być dużo, dużo większa: na limitowaną wersję BMW 740d xDrive Nero Lusso da się ściąć katalogową cenę nawet o prawie ćwierć miliona zł.

Jak podaje Instytut Badań Rynku Motoryzacyjnego Samar, średnia cena rejestrowanego samochodu w pierwszych ośmiu miesiącach tego roku wyniosła 185,1 tys. zł w porównaniu do 186,1 tys. zł w tym samym czasie rok wcześniej. W transakcjach zmalał udział aut najdroższych, a średnią obniża rosnący udział marek chińskich, tańszych od europejskich, japońskich i koreańskich. Spadków cen powinniśmy spodziewać się także w roku przyszłym, co będzie efektem stale rosnącej ekspansji „chińczyków”. Zwłaszcza że według banku inwestycyjnego UBS, chińscy producenci wysyłają na europejski rynek dwa razy więcej aut niż faktycznie na nim rejestrują, co ma wynikać z wąskich gardeł w transporcie samochodów z portów morskich do dealerów. Jeśli przeszkody w logistyce znikną, na stokach dealerskich pojawią się duże zapasy aut, których trzeba będzie się pozbyć. A to może oznaczać rozpętanie wojny cenowej.

Najpierw obniżka, potem podwyżka cen aut

Za to z początkiem 2028 r. auta mogą z powrotem drożeć, choć pewnie nie w takiej skali, w jakiej wprowadzane były podwyżki po pandemii Covid, a następnie w efekcie kryzysu z dostawami półprzewodników, gdy średnia cena nowego samochodu wyjeżdżającego z polskiego salonu sięgała niemal 200 tys. zł. Natomiast teraz przyczyną podwyżek byłby wzrost kosztów produkcji związany z wejściem w życie nowej normy emisji Euro 7. – Na pewno producenci będą chcieli częściowo skompensować straty podwyższaniem marż, co przyczyniłoby się do wzrostu cen – uważa Wojciech Drzewiecki, prezes Samaru. Jak dodaje Jakub Faryś, prezes Polskiego Związku Przemysłu Motoryzacyjnego, kluczowy dla cen w salonach będzie także kurs euro. – Importerzy rozliczają w nim transakcje. Znaczenie będzie miała także sytuacja geopolityczna, bo jeśli się zaognia, zakupy dóbr niestanowiących pierwszej potrzeby wyhamowują – mówi Faryś.   

W obecnej sytuacji zakup auta powinien więc okazać się opłacalnym przedsięwzięciem. Choć duże kampanie wyprzedażowe ruszają zwykle dopiero w listopadzie, sprzedażową ofensywę już zaczęły platformy internetowe, oferujące samochody dealerów różnych marek, a także grupy dealerskie. Samochody chińskie również objęto rabatami. – Jeszcze w ubiegłym roku marki chińskie bardzo ostrożnie komunikowały wyprzedaż rocznika, a jeśli już, to skala rabatowania mieściła się w granicach 5-7 proc. Obecnie, choć mamy dopiero połowę października, średnie rabaty wyprzedażowe w tej grupie aut wynoszą 17 proc. – informuje Oskar Jedliński, dyrektor działu rozwoju rynku w Superauto.pl.

Platforma podaje, że do grona marek, które już w 2025 r. robiły kampanie wyprzedażowe (np. Omoda Jaecoo, Chery) w tym roku dołączyły Jetour, Geely czy BYD. Obecnie średni rabat kwotowy wśród aut objętych wyprzedażą w segmencie „chińczyków” ma dochodzić do 26,7 tys. zł, przy czym Chińczycy, zwiększając cały czas ofertę, muszą już konkurować między sobą. Przykładowo nabierający znaczenia w Europie BYD obniża klientom w Polsce cenę popularnego modelu Seal U średnio o nawet 48,4 tys. zł, hybrydowy MG HS w wersji 1.5 T da się kupić taniej o 33,5 tys. zł, elektryczną Omodę 5 o 32 tys. zł, a luksusowy 7-osobowy SUV plug-in Jaecoo 8, jak na „chińczyka” drogi, bo katalogowo kosztujący 225 tys. zł, oferowany jest z rabatem sięgającym 16,7 tys. zł – wylicza Superauto.pl.

Czytaj więcej

Liczby wskazują, że Polacy wolą samochody spalinowe. W UE jest odwrotnie

Popularne marki samochodów pod presją

Chińskie rabaty wywierają dużą presję na marki popularne, katalogowo od chińskich droższe. W rezultacie skalą upustów na rynku ma się wyróżniać m.in. koncern Stellantis, do którego należą takie marki jak Peugeot, Citroën, Opel, DS, Jeep i Fiat. Przykładowo dla DS7 w wersji Etoile Blue HDi dealerzy mogą zaproponować rabat przekraczający 70 tys. zł, a na Peugeota 5008 GT – 39 tys. zł. Rabatów nie szczędzą także Koreańczycy: na duży Hyundai Santa Fe w wersji 7-osobowej można dostać obniżkę przekraczającą 63 tys. zł, a na popularny w Polsce hybrydowy Hyundai Tucson z silnikiem 1,6 T-GDi – ponad 40 tys. zł. 

Pod koniec roku ceny transakcyjne nowych aut spadają głębiej, by dealerzy mogli zrealizować cele sprzedażowe. Politykę rabatową napędzają także rosnące koszty finansowania stoków dealerskich, w szczególności  aut, które stoją na placach więcej niż 90-120 dni. W przypadku marek premium, tegoroczne rabaty mają wzmocnić segment, który słabnie: we wrześniu jego udział w rejestracjach nowych samochodów osobowych na polskim rynku spadł do poziomu 18,5 proc., co jest najsłabszym wynikiem od pięciu lat. Według Samaru, średnia cena nowego auta segmentu premium w pierwszych ośmiu miesiącach 2026 r. wyniosła 302,7 tys. zł. – Obserwujemy w markach premium zmianę struktury sprzedaży, która przesuwa się w kierunku tańszych modeli – mówi Drzewiecki.

Czytaj więcej

Elektryczny Volkswagen wraca do rodzinnych korzeni. Nawet zegary pamiętają Golfa IV

Spadać będą ceny samochodów elektrycznych. W ostatnich latach zmalały mocniej niż w przypadku aut z napędem spalinowym, ale nie oznacza to jeszcze cenowego zrównania obu rodzajów napędu. Choć tanieje technologia i pojawia się efekt skali, marża na samochodach spalinowych jest wyższa niż na elektrycznych, którymi producenci muszą realizować wyznaczone im cele emisyjne. W dodatku o popycie na elektryki decydują w dużej mierze państwowe dopłaty.

Samochody z Chin dalej będą mieć kluczowy wpływ na ceny, ale nie można wykluczyć, że efekt nowości chińskich samochodów osłabnie. Mimo że część klientów, zwłaszcza kupujących do tej pory auta używane, wręcz zachłysnęła się niższymi cenami „chińczyków”, to dotychczasowy szalony wzrost sprzedaży nie będzie trwał wiecznie. Z drugiej strony, UBS prognozuje, że udział chińskich marek w Europie ma wzrosnąć do 20 proc. do 2030 r. wobec około 10 proc. notowanych w połowie 2026 r.

Firmy boją się „chińczyków”

Znaczenia nabierze natomiast postawa firm, które na polskim rynku odpowiadają za co najmniej dwie trzecie rejestracji nowych samochodów osobowych. Gdyby Chińczykom udało się wprowadzić swoje auta na dużą skalę do firmowych flot,  byłoby to kolejnym bodźcem do obniżenia cen. Jednak obecnie polska branża leasingu i długoterminowego wynajmu bardzo chłodno podchodzi do chińskich aut ze względu na związane z nimi ryzyko: według Carefleet, jest nim m.in. wciąż słabo rozwinięta sieć serwisowa i kłopoty z dostępnością części do napraw. Kluczowym problemem jest słaba wartość rezydualna chińczyków, spadająca znacznie szybciej niż samochodów producentów europejskich, japońskich czy koreańskich. Trudno także określić ile i które chińskie marki ostatecznie pozostaną na rynku, czy przypadkiem nie podzielą losów Seresa, którego sprzedaż w ubiegłym roku w Polsce zamknięto.

Z pewnością w ciągu nadchodzących kilkunastu miesięcy wiele może się wydarzyć. Zbliżająca się norma Euro 7 będzie w przyszłym roku skłaniać dealerów do przyspieszenia sprzedaży aut, które stoją na stokach, zwłaszcza że są tam jeszcze samochody z rocznika 2025. Z kolei na ofertę samochodów chińskich będą mocniej wpływać regulacje. UE właśnie porozumiała się z Chińczykami w sprawie obniżenia o połowę importu chińskich hybryd plug-in, wysadzających z siodła producentów europejskich. – Przyszły rok będzie pod tym względem bardzo ciekawy – uważa szef Samaru.